Dawno temu, w jakimś artykule wspomniałam pokrótce o swojej pierwszej pracy. Dziś chciałabym opowiedzieć nieco więcej. Ku przestrodze dla tych, którzy być może są na etapie szukania pracy.

Ogłoszenie na Vetcontact brzmiało bardzo lakonicznie: „Mały gabinet na podkarpaciu przyjmie do pracy lekarza weterynarii tel. XXX XXX XXX”. Rozmowa telefoniczna była równie zwięzła, z trudem wyciągnęłam od rozmówczyni informację, w jakiej miejscowości znajduje się gabinet, a następnie, po ok. 2h dostałam SMSa z zaproszeniem na rozmowę i podanym adresem. Sama forma kontaktu była na tyle podejrzana, że na rozmowę pojechał ze mną tato, z łomem w zanadrzu. Tak na wszelki wypadek.
Na miejscu okazało się, że gabinet rzeczywiście istnieje i jest nawet całkiem przyjemny.
Rozmowa przebiegła niezwykle szybko. Wyszedł do mnie przemiły uśmiechnięty pan, który przedstawił się jako właściciel gabinetu i spytał od kiedy mogę zacząć, bo gabinet potrzebuje kierownika. Niespecjalnie interesowały go moje dokumenty, umiejętności czy referencje, które zbierałam od lekarzy, u których praktykowałam oraz odbywałam wolontariat. Po niespełna 5-minutowej wymianie zdań zostałam oprowadzona po reszcie pomieszczeń i przedstawiona szefowi nr 2 oraz techniczce. Dla ułatwienia, nazwijmy bohaterów- Czesio (szef nr 1, lekarz weterynarii), Grzesio (szef nr 2, technik weterynarii), Halinka (techniczka). Nie bez powodu imiona piszę w formie zdrobniałej, gdyż w taki sposób te osoby zostały mi przedstawione z przykazaniem mówienia do wszystkich po imieniu, co niespecjalnie mi się spodobało.
Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem jakąś służbistką, która się przeciwstawia byciu na stopie koleżeńskiej w pracy, ale uważam, że w dobrym tonie (a przynajmniej na samym początku), jest jednak zwracanie się do siebie nawzajem per „panie doktorze/ pani doktor”. Na przyjaźnie przyjdzie (lub nie) czas.
W każdym razie, sytuacja dość krępująca dla mnie, osoby, która nawet na studenckich praktykach była „panią Olą- studentką”, a nie po prostu jakąś tam Olą z ulicy, co weszła sobie do lecznicy i się po niej plącze. Kultura jednak nakazuje słuchać się starszych, więc nie protestowałam, tylko próbowałam się przemóc do mówienia „cześć”, zamiast „dzień dobry” itd. Zresztą, czy to naprawdę takie złe jak mi się wydaje? To się jeszcze okaże.
Każdego zawsze interesują zaproponowane warunki finansowe i muszę stwierdzić, że jak dla żółtodzioba, były one świetne- 2 tys. na rękę (umowa o pracę), zwrot kosztów paliwa, obiady codziennie w pracy (do wyboru z 3 różnych knajpek, łącznie z deserem, jeśli miałam ochotę), dodatkowo płatne nadgodziny i wizyty domowe. Po okresie próbnym, planowana podwyżka. Na dzień dobry miałam sobie zamówić 3 robocze zestawy ubrań, na koszt firmy oczywiście. Praca od jutra.
Podziękowaliśmy sobie za rozmowę i jak na skrzydłach wracałam do domu, że będę miała super pracę.
Następnego dnia skrzydła te mocno opadły. Dlaczego? Już spieszę wyjaśnić.

Stawiłam się w pracy na godzinę 9.00 zwarta i gotowa do działania, poznawania wszystkiego w gabinecie, pomocy, poznawania pacjentów itd.
Jakież było moje zdziwienie, gdy drzwi otworzyła mi uśmiechnięta Halinka, która oznajmiła mi, że to świetnie, że już jestem bo za chwilę będzie kastracja kota. Zadowolona pobiegłam się przebrać, czekam na szefa. Nie ma. Pacjent siedzi znieczulony w transporterku, Halinka go wyciąga, szykuje do zabiegu, pytam gdzie Czesio, na co ona odpowiada, że sobie poradzimy, bo takie zabiegi to zwykle ona sama tu robi. Yyy.. przepraszam, ale CO?!?!?!
Jasne, poradziłyśmy sobie, to akurat nie jest żadna filozofia, ale prawdę mówiąc, miałam nadzieję, że osoba, która mnie zatrudniła i pod której szyldem mam pracować, jednak będzie nadzorowała przynajmniej pierwsze dni mojej pracy. A już na pewno się nie spodziewałam, że jakikolwiek zabieg, jakby nie było- chirurgiczny, przeprowadza technik, bez nadzoru lekarza.
Przez cały następny miesiąc podobna sytuacja się nie wydarzyła, jednak szefów praktycznie nie widziałam na oczy, co niestety nie pomagało w rozwiewaniu moich wątpliwości młodego adepta sztuki weterynaryjnej. Kiedy próbowałam zasięgnąć porady telefonicznie, zawsze słyszałam, że „teraz nie ma czasu, ale sobie poradzę”. Na szczęście Halinka była z tych techników, których wszyscy cenią, czyli po prostu ogarnięta i nie ukrywam, że sporo się od niej nauczyłam.
Dziwnym trafem szef zjawiał się czasem pod koniec dnia zerknąć w karty pacjentów, zawsze ze słodkościami, jakimiś biletami do kina dla nas obu, albo choćby informacją, że kończy budowę sauny i chętnie ją nam udostępni, bo skoro razem pracujemy to powinniśmy się traktować jak rodzina, tak więc rozpiszemy sobie wszyscy czworo harmonogram, kto kiedy korzysta z sauny. Oczywiście możemy zabierać mężów, żony i resztę rodzin, bo w danym dniu sauna tylko dla nas.
Ojej, jak miło i słodko…i cholernie podejrzanie.
Nie jestem zwolenniczką teorii spiskowych, ale uwierzcie mi, że całokształt był po prostu zbyt śliski. Nic się do siebie nie kleiło. Choćby niemal bezgraniczne zaufanie do mnie- osoby, która dopiero co raczkuje w samodzielnej pracy.
Po dwóch miesiącach zaczął się prawdziwy cyrk na kółkach.
Stopniowo atmosfera zaczęła się psuć. W dniach, kiedy zaczynałam pracę później, Halinka witała mnie z kilkoma kocicami/kocurami po kastracjach i prosiła o podbicie oświadczeń o zgodzie na zabieg, bo przecież ona nie może. Pod koniec dnia w pracy zawsze zjawiał się szef i prosił, żebym zostawiała swoją pieczątkę w biurku, bo być może Halinka będzie musiała z niej czasem skorzystać. Później zaczęły się pojawiać pod moim nosem całe pliki książek leczenia zwierząt gospodarskich z pokorną prośbą Czesia lub Grzesia, bym je podpisała i podbiła swoją pieczątką.
Nie muszę chyba mówić, że na wszystkie te propozycje mówiłam stanowcze NIE. Z kolei szef powiedział „nie” w momencie, gdy prosiłam o imienne plakietki dla mnie i Halinki, by było wiadomo, kto jest lekarzem, a kto technikiem (jak wyjaśnił, nie chce, by ktoś wiedział, że Halinka nie jest lekarzem).
I to był początek końca mojej kariery w tym gabinecie. Szef zjawiał się częściej, wpadał do gabinetu w trakcie badania pacjenta, podważał moje decyzje co do leczenia, a także rozliczenia za wizytę. Nawet nie wiecie jak głupio mi było, kiedy po podliczeniu wizyty ściśle według cennika, słyszałam głos szefa „ile?!?!! Oddaj pani 30zł bo zdecydowanie za drogo policzyłaś”. Miarka się przebrała jednego dnia.
Dnia kiedy miał się zakończyć mój okres próbny, a na biurku leżała już od kilku dni niepodpisana jeszcze przeze mnie umowa na czas nieokreślony.

Pamiętam jak dziś. O 6.00 zadzwonił do mnie Czesio z prośbą, bym przyjechała szybciej do pracy, bo ma ciężki przypadek do zoperowania.
Pacjentem okazał się 16-letni mieszaniec w typie ON, wnęter jednostronny, którego jądro miało rozmiar dorodnego grapefruita umiejscowionego w pachwinie. Super! Jeszcze nigdy nie uczestniczyłam w takim zabiegu. Operatorem był Czesio.Zrobił cięcie, które zaczęło niewyobrażalnie krwawić, a po krótkiej próbie opanowania krwotoku stwierdził „pier**** to, radźcie sobie same” i zrzucając rękawiczki wyszedł z sali operacyjnej. Przez chwilę jeszcze się łudziłyśmy, że wróci. Nie wrócił. Nie muszę chyba mówić, że spanikowałam i to nie na żarty. W pierwszym odruchu zadzwoniłam do „szefa” u którego odbywałam wolontariat- no co? Nie wiedziałam co robić. Resztę zabiegu odbyłam wisząc na linii z lekarzem, który usilnie próbował mnie uspokoić i telefonicznie wyjaśnić, jak przeprowadzić taki zabieg i nie zabić przy okazji pacjenta (i tu wielkie BUM! na żywo to jednak wygląda trochę inaczej niż w książkach i preparatach z formaliny i można sobie w tyłek wsadzić znajomość anatomii, jak się widzi coś takiego pierwszy raz w życiu).
Nie wiem ile trwał zabieg, pewnie bardzo długo, ale zoperowałyśmy go i wybudziłyśmy. .
Tego samego dnia przyszła do gabinetu pani Dziunia. Na oko koło 60-tki, wyfiokowana, w otipsowanych dłoniach wniosła do gabinetu kartonowe pudełko i rzuciła z uśmiechem „chciałam rozwiązać problem”. W pudełku znajdowało się sześć, dwumiesięcznych kociąt. Pytam więc jaki problem, na co pani mówi „nie widzi pani? Nawet 6 problemów”. Powiedziałam, że nie usypiamy zdrowych zwierząt na życzenie, zapraszam z kocicą na sterylizację- tyle mogę dla niej zrobić, by rozwiązać problem. Pani chwilę dyskutowała, po czym wyszła. Za niedługą chwilę otrzymałam telefon od Czesia, który radośnie naskoczył na mnie, że nie szanuję stałych klientów i mam się nie mądrzyć tylko uśpić pani koty, skoro mnie o to prosi. Na nic się zdały moje tłumaczenia, że to wbrew etyce, ustawie o ochronie zwierząt i że jak on, jestem lekarzem i mam swoją głowę od podejmowania decyzji. Dostałam nakaz uśpienia kotów. Oczywiście kolejny raz odmówiłam i wtedy już nie obyło się bez wizyty szefa w pracy, który niemal całując po rękach, przepraszał panią za zaistniałą sytuację.
W jednej chwili spakowałam swoje rzeczy i wyszłam z gabinetu. Nigdy więcej do niego nie wracając.

Morał z tej bajki płynie taki, że jeśli ogłoszenie o pracę wydaje Wam się podejrzane, jeśli kontakt z pracodawcą jest podejrzany, to znaczy, że miejsce pracy również jest podejrzane i lepiej dać sobie z nim spokój na samym początku.
Może nie nabędziecie umiejętności operowania z telefonem przy uchu, gdzie ktoś na ślepo próbuje prowadzić Waszą rękę, ale za to będziecie zdrowsi psychicznie, a pacjenci bezpieczniejsi.

  • Z całej tej sprawy trochę brak mi Halinki. Jest naprawdę świetnym technikiem. Wykracza poza swoje kompetencje i robi „za dużo”, a robi to, bo ktoś jej na to pozwala. Mimo wszystko, jako świeżak, wiele się od niej nauczyłam, a także była dla mnie sporym wsparciem w tych pierwszych dniach, kiedy zostałam „rzucona na głęboką wodę”. Tak, proponowałam jej pracę u siebie, ale jak się dowiedziała, że nie mogłaby robić samodzielnie zabiegów, nie przyjęła propozycji. Z tego co wiem, nadal pracuje w tamtym miejscu a lekarze zmieniają się tam szybciej niż pory roku.
  • Wnęter przeżył zabieg i przychodził do gabinetu jeszcze przez rok, póki nie został poddany eutanazji z innego powodu.
    Oczywiście cieszę się, że przeżył, ale jestem przerażona, że w niektórych gabinetach tak to wygląda i to czy zwierzę przeżyje, czy nie, zależy wyłącznie od łutu szczęścia nowicjusza.