Okres przedświąteczny. Wigilia i Boże Narodzenie. Mi w tym roku uda się w tym wszystkim uczestniczyć na 100%. Bardzo to doceniam. Tym razem będę obecna. Cieszę się na ten czas. Dlaczego? W ubiegłym roku byłam świeżo po studiach, a koledzy z pracy zgodnie stwierdzili, że już czas na pierwsze dyżury. Najlepsza ku temu okazja? Święta Bożego Narodzenia! Nie dziwię się wcale, że cieszyli się z faktu, że przykry obowiązek dyżurowania w tym czasie mogli zrzucić na mnie. Jednego jestem pewna – świąt z 2017 roku długo nie zapomnę.

Ja wiem, że ten mój pierwszy samodzielny dyżur miał miejsce dość późno. Mam znajomych z roku, którzy niemal od razu po studiach zostali wypuszczeni na głęboką wodę. Czy to dobrze? Nie wiem. Nie mnie oceniać. Kiedyś usamodzielnić się trzeba. Chyba nie ma dobrego momentu. Każdy jest trudny. Młodemu lekarzowi zawsze będzie się wydawało, że jeszcze za mało wie. To zawsze ogromny stres. Tak było też w moim przypadku.

Dyżur zaczął się z wysokiego „C”. Pierwsza wizyta? Typowe emergency. Pies z wypadku komunikacyjnego, przelewający się przez ręce, z zaburzeniami krążeniowo-oddechowymi. Skutek śmiertelny. Lament właścicieli. „Gorzej już nie będzie” – pomyślałam. Prześwietliłam zwłoki, jak emocje opadły. Złamany kręgosłup. Pewnie nie mniejsze uszkodzenia narządów wewnętrznych.

Do świąt trochę tych wizyt jeszcze było (dyżurowałam cały tydzień). „W Wigilię zawsze jest spokój” – uspokajali mnie lekarze. A gdzie tam! W godzinach otwarcia poczekalnia pękała w szwach. Trochę jak na wojnie. Pamiętam ten moment, kiedy spojrzałam na tłum tych ludzi i powiedziałam sobie „Dasz radę! (bo nie masz wyjścia?)”. Nie wdawałam się w zbędne dyskusje z właścicielami. Wywiad, badanie kliniczne, leki. Obsłużyłam wszystkich w normalnych godzinach otwarcia (w naszej lecznicy w święta jest to ok. 2h). Całe szczęście nie miałam tego dnia zbyt skomplikowanych przypadków. Kiedy zapytałam ostatniego klienta, jak długo czekał, powiedział, że dwie godziny. Cóż. Wszyscy przyszli o tej samej porze, sądząc, że będą mieli wizytę szybko za sobą…

Później była chwila spokoju. Niby w obiad wigilijny nikt nie zadzwonił, ale siedziałam jak na szpilkach. Świadomość bycia pod telefonem mnie mroziła. Na pewno byłam trochę nieobecna. Nie do końca pamiętam spotkanie z rodziną. Pierwszy raz na kuchennym stole nie było żadnej przygotowanej przeze mnie potrawy, bo każdą próbę zrobienia czegokolwiek przerywał dzwoniący klient. Z tego co pamiętam, to samo Boże Narodzenie upłynęło na  krążeniu między lecznicą a domem.

Z tego względu bardzo doceniam tegoroczną spokojną głowę. Tym razem w naszej placówce dyżuruje kto inny. Udało mi się też dostać wolne w ten weekend i Wigilię. Z tego miejsca chciałabym podziękować wszystkim lekarzom z placówek całodobowych, dzięki którym większość lekarzy weterynarii okres świąteczny będzie mogła przeżyć ze spokojną głową, odcinając się na chwilę od swojej pracy.

Ktoś musi pracować, żeby świętować mógł ktoś.

Wesołych Świąt!