Mam w pamięci wycieczkę pociągiem, której nigdy nie zapomnę. Już za moich nastoletnich czasów mama zabierała mnie na konferencje, a nawet (za zgodą prowadzących) zjazdy specjalizacji z chorób koni. Pamiętam (jakby to było wczoraj) jak siedziałyśmy w jednym przedziale, a ja przysłuchiwałam się rozmowom lekarek. Uderzyło mnie bardzo to, że dziewczyny miały tylko dwa tematy: weterynarię i narzekanie na swoich partnerów.

Serio?

To był moment, kiedy obiecałam sobie wyraźnie:
Nawet jak pójdę na weterynarię, nie będę myśleć tak wąsko. Zrobię wszystko, żeby zachować swoje szerokie horyzonty.” – oczywiście postanowienie było też doprawione nastoletnim buntem i wiązało się z jeszcze jedną, ważną deklaracją: „Nie będę taka jak mama!” – cóż, czy to drugie mi wyszło, mogą ocenić tylko ludzie, którzy znają nas obie.

Wracając, byłam licealistką, która marzyła o weterynarii, ale kochała też język polski, dobrze sobie radziła z matematyki, nie była najgorsza z geografii. Uwielbiałam książki, lubiłam pisać, jeździłam konno, uczyłam się gry na gitarze, oglądałam dużo filmów, chodziłam na koncerty, organizowałam w szkole różne wydarzenia…

Potem poszłam na weterynarię. Bang! Na pierwszym semestrze głównie się uczyłam, wiedza nie wchodziła, prowadzący na każdym kroku straszyli nas, że możemy z tych studiów wylecieć. Zdarzały się imprezy, ale stosunkowo rzadko. Przypłaciłam to krótkim epizodem depresyjnym.

Po pierwszym roku załapałam, że nie tędy droga.

Zmieniłam to i owo, co sprawiło, że coraz lepiej czułam się ze sobą, ale… gorzej w przerwach między zajęciami. Koledzy i koleżanki rozmawiali tylko o nauce, czasami o nowych serialach, no i często obrabiali innym tą część ciała, w której plecy kończą swą wdzięczną nazwę. Mi przypominał się obrazek z pociągu.

Ten obrazek i nastoletnie postanowienie pewnie będą mi towarzyszyć całe życie. To sprawia, że umiem do tego zawodu nabrać dystansu. Konflikty między lekarzami mnie nie interesują. Niepokoją mnie za to bliscy, dla których bycie lekarzem weterynarii decyduje o poczuciu własnej wartości. Uważam, że to bardzo kruchy fundament.

Dziś wiem, że takich lekarzy weterynarii, którzy mają swoje pasje jest całe mnóstwo. Co więcej, jednoczymy się w swoich zajawkach. Są weterynaryjne zawody jeździeckie, mistrzostwa w squasha, coroczny zlot motocyklowy, konkursy plastyczne (to akurat w okolicy Krakowa), zawody w jeździe na nartach… O tych wydarzeniach słyszałam, ale pewnie jest ich więcej.

Myślę, że każdy, kto ma jakąś pasję poza naszym zawodem, zgodzi się z tym, że to właśnie ona ratuje go przed, popularnym ostatnimi czasy, wypaleniem zawodowym. Mi moje zajawki nie raz, nie dwa pomagały wychodzić z bardzo trudnych sytuacji w życiu. Niestety praca w zawodzie bywa zbytnim rollercoasterem. Jednego dnia wszystko się udaje, innego uciera nosa.

Weterynaria to nie powinna być jedynym sensem życia, nawet jeśli czasem wydaje się być naszym całym światem. Sama to sobie często powtarzam. Dlatego zostawiam Was z tym obrazkiem młodej dziewczyny, słuchającej starszych od siebie kobiet. Tej, która posłuchała i wyciągnęła wniosek, który już na zawsze stanie się jej życiowym mottem:

Zrobię wszystko, żeby zachować swoje szerokie horyzonty.