Agnieszka Wolska – to nie tylko wspaniały lekarz, ale człowiek przez naprawdę wielkie C. Po pracy, niczym Batman Gotham, ona patroluje Poznań i okolice by ratować te zwierzaki, którym nikt pomóc nie chce. O swojej pracy, o fundacji i wielkiej nieustającej walce o dobro zwierząt, w tym niestety ciągle okrutnym świecie miałem przyjemność z nią porozmawiać, a efekty tej rozmowy możecie przeczytać poniżej.

Od jak dawna działasz charytatywnie prywatnie? Od jak dawna jako fundacja?

Prywatnie pomagam odkąd pamiętam. Jako dzieciak bardziej chyba szkodziłam ,bo dokarmiałam wszystkie psy sąsiadów… i jeśli ktoś się zastanawiał czemu jego pies tyje albo ma biegunki… no cóż- to przez misję małej dziewczynki, która zbierała resztki z obiadu i rozdawała po równo każdemu psu w okolicy. Mama teraz się dowie! Przyznaję się, że nie wiem ile psów przewinęło się przez nasz dom. Miałam szczęście, które trwa do dzisiaj,że na mojej drodze stawały psy i koty, które bardzo chętnie dawały się zabrać do domu ,nakarmić, wykąpać i wyczesać. Zbliżała się godzina powrotu rodziców z pracy i je wypuszczałam . Do dzisiaj jestem wdzięczna losowi, że pies w typie owczarka mnie nie pożarł, kiedy ładowałam go do wanny. Ścieżkę zawodową wybrałam bardzo szybko. W podstawówce wiedziałam, że albo weterynaria albo nic. Skończyłam technikum weterynaryjne i studia. W miarę możliwości angażowałam się w różne akcje pomagające zwierzętom a na studiach byłam domem tymczasowym dla kotów . Dlatego koty, bo było je łatwiej przemycić do akademika. Ale tak narodziła się „kociara”. Od 2013 roku prowadzę własny gabinet. Moja wspólniczka jest jak ja, więc nasza wspólna droga nie mogła być inna – pomagamy bezdomnym zwierzętom ,współdziałamy z Fundacjami i gminami .Zysku z tego nigdy nie było, ale w końcu nie o to nam chodziło. Pieniądze są ważne,ale lwią część dochodu przekazujemy na zwierzęta bezdomne. Na szczęście gabinet prosperuje na tyle dobrze, że stać nas na tą pomoc. Od 2017 działa Fundacja Bahati ,która skupia się głównie na zapobieganiu bezdomności i interwencjach. Powstała dlatego ,ze nasza liczba podopiecznych drastycznie wzrosła. Dzięki pomocy darczyńców możemy pomagać na szerszą skalę. Same byśmy tego nie udźwignęły. Nasz gabinet to jednocześnie dom dla średnio 12 kotów. Leczymy je,socjalizujemy i znajdujemy im kochające rodziny. Stworzyłyśmy kociarnię aby dać im namiastkę domu .Dzięki temu i praca jest przyjemniejsza 😉

Czy łatwo jest pogodzić pracę lekarza weterynarii i prezesa fundacji?

Faktycznie obowiązków jest dużo. Praca w gabinecie, robota papierkowa, interwencje i związane z tym zeznania, procesy i godziny spędzone na komisariatach, adopcje, wizyty poadopcyjne, zbiórki, eventy i opieka nad naszymi podopiecznymi… Doba mogłaby być dłuższa. Często mam dość. Często myślę”po co mi to było?”. Jednak kiedy powiedziało się A to ciężko nagle zapomnieć o tym co się dzieje i udawać ,że Ciebie to nie dotyczy. Przyjmujesz kolejne zgłoszenie i po prostu działasz i moze to banał-ale kiedy udaje Ci się wyrwać zwierzę z koszmaru i zmieniasz mu całe życie to zapominasz o zmęczeniu ,poświęceniach i zawalonych planach. Jak bardzo bycie lekarzem pomaga Ci w działaniu fundacji? Szczerze to w działaniu nie pomaga. Czasem odnoszę wrażenie ,że przeszkadza. Będąc inspektorem nie muszę posiadać wiedzy medycznej aby odebrać zwierzę interwencyjnie. Za to muszę się tłumaczyć potem przed Rzecznikiem odpowiedzialności zawodowej dlaczego to robię? Czemu nękam ludzi i czy ich obrażam. Każdy może napisać skargę i wszczyna się postępowanie wyjaśniające. Wszystkie moje sprawy przed rzecznikiem dotyczyły interwencji. Było już ich kilka .Nigdy nie miałam sprawy o błąd w sztuce lekarskiej tylko zawsze muszę się tłumaczyć ze swojego zachowania na interwencjach. Jasne ,emocje ponoszą, ale mam nie krzyczeć kiedy odbieram zagłodzonego psa? Ma nie mówić ,że ktoś jest zwyrodnialcem kiedy wykopuje zwłoki zwierząt,które własnoręcznie uśmiercił? Nie mogę tego opisać na facebooku aby ludzie wiedzieli z czym się borykamy? Mam być grzeczna i poprawna politycznie, kiedy najmniej dla mnie istotne w tym momencie są uczucia tych głupich i bezwzględnych „ludzi”? Okazuje się, że tak . I to jest najtrudniejsze w byciu lekarzem. Kiedy jestem na interwencji nikt nie szanuje mnie jako lekarki. Nie ma to dla nich znaczenia. Można mi ubliżać, grozić, podważać moje kompetencje… Kilka razy policjanci uratowali mnie przed pobiciem i musieli obezwładnić właścicieli zwierząt. Dla nich jestem nikim, a nie osobą ,która wykonuje zawód zaufania publicznego. I ci sami ludzie potem piszą skargi. Wtedy mój zawód ma znaczenie. Zostałam ukarana przez Sąd Lek-Wet. ponieważ napisałam na facebooku że odebraliśmy psa „psycholowi”, który trzymał małego kundelka na łańcuchu a za budę miał metalową beczkę. Facet do mnie rzucał karmą i groził widłami. Pan zobaczył ogłoszenie adopcyjne psa z opisem i poczuł się urażony słowem ” psychol”. I faktycznie Sąd stwierdził ,ze ten człowiek ma racje, a moje zachowanie było wysoce szkodliwe społecznie. Ten pies mieszkał latami przy beczce i był szczepiony przez lekarza weterynarii. Wnioski są proste. Niestety ja nie wykazałam się wysoką kulturą osobistą i to było gorsze niż obojętność lekarza ,który widział koszmar tego psa i nie zareagował. Podobno mówił, żeby zamienić beczkę na budę, ale to wszystko co zrobił. W końcu to wieś. Tak jest prawie w każdym gospodarstwie. On nie ma żadnej sprawy i z niczego nie musi się tłumaczyć, a ja tłumaczę się przed ludźmi ,którzy nigdy na żadnych interwencjach nie byli i którzy nie mają pojęcia jak to wygląda. Rzecznik radził mi abym na interwencjach nic nie mówiła. Mogę stać, zbadać zwierzę i jeśli mam coś do przekazania właścicielowi to mam powiedzieć to policjantowi i on poda tą informację dalej . Żebym ludzi nie denerwowała. Żeby był tak jakby mnie tam w ogóle nie było. Generalnie absurd goni absurd. Nie znają przepisów i procedur. Kiedy nie było notatki policyjnej z jednej interwencji – bo nie ma takiego obowiązku aby była, to rzecznik zasugerował ,że może tam w ogóle policji nie było. Może wynajmuję przebierańców ,którzy udają policjantów i pomagają mi w odbieraniu zwierząt? Kiedy jako Fundacja Bahati byliśmy poznańskim koordynatorem akcji „Zerwijmy łańcuchy” to moje zdjęcia przypiętej symbolicznie do budy znalazły się w mediach. Niestety był na nich również żywy pies i zastanawiali się czy nie lansuję się na jego cierpieniu. Bo ten pies może wolał posiedzieć na kanapie, a nie z nami na evencie ?Jasne, może i tak, ale pies nie był mój. Na akcję mógł przyjść każdy dorosły ,dziecko i mogli przyprowadzić swoje psy. Nie miałam na to najmniejszego wpływu. Akcja trwała dwie godziny, ale rzecznik zastanawiał się czy faktycznie to było etyczne zachowanie z mojej strony żeby biednego psa taki czas męczyć . Czy to nie jest sprzeczne z moim działaniem? Jeżdżę na interwencje a pozwalam na to aby pies był na takiej akcji? Cala Polska brała w tym udział i były psy. Nikt nie widział w tym nic złego. Niestety mi nie było wolno. Lekarzowi Weterynarii widocznie nie przystoi,więc w tym roku akcję poprowadzi inna Fundacja, a ja postaram się nie być w jednym kadrze z psem. Aby nie kuło w oczy. Nigdy nie zapomnę jak rzecznik mi powiedział, że przynoszę wstyd naszemu zawodowi i muszę się zdecydować czy chcę działać jak lekarz czy jak wolontariusz. Nie wiem w jaki sposób to ze sobą koliduje. W każdym razie według rzecznika moje zachowanie jest mało etyczne, bo pyskuję, mówię ludziom co o nich myślę, a interwencje to prawie jak nękanie. Gdybym nie była lekarzem nikt nie zwróciłby na to uwagi. Uczę się, że ode mnie wymaga się więcej. Staram się nie kierować emocjami tylko rozsądkiem. Ale zawsze dobro zwierzęcia stawiam na pierwszym miejscu i nie dam się zastraszyć żadnymi karami i naganami.

Jak często odbywasz interwencje?

Wszystko zależy od zgłoszeń . Czasem jest jedna w tygodniu czasem trzy, czasem pięć.

Interwencja która najbardziej zapadła Ci w pamięć?

Wszystkie interwencje pamiętam doskonale. Wszystkie to koszmar zwierząt i przykład tego jakim potworem potrafi być człowiek-głodzone, bite, z łańcuchami wrośniętymi w ciało, trzymane w okropnych warunkach… W sieci jest tego dużo ,więc nie warto chyba przytaczać tych makabrycznych obrazów. Jednak opowiem o interwencji ,która odmieniła moje życie. Dotyczyła psa ,który mieszkał poza domem w budzie i był bardzo zaniedbany. Wszystkie pazury miał wrośnięte w opuszki, z trudem chodził i miał guza listwy mlecznej ciągnącego się po ziemi. W domu tej Pani mieszkał Cavalier – pupil rodziny z którym jeździli co miesiąc do weta aby wycisnąć gruczołki. Ludzie majętni ,mądrzy… Po prostu mieli psa lepszego i gorszego. Kiedy spytałam ich dlaczego tak je traktują to dotarło do mnie ,że wcale nie jestem lepsza. Tylko ja wypruwałam sobie flaki aby ratować pieski i kotki, po czym wracałam do domu i jadłam inne zwierzę zamordowane za moje pieniądze. Czemu akurat wtedy tak mnie to uderzyło? Nie wiem. To była ta najważniejsza interwencja. Przełomowa. Wtedy poczułam się jak największa hipokrytka na świecie i zaczęło mi po prostu być wstyd,że jem mięso. Od tego czasu jestem wegetarianką i ratuję również zwierzęta gospodarskie. To była jedna z lepszych decyzji ,która dała mi spokój ducha i której nie żałuję.

Z jakimi najczęściej problemami spotykasz się podczas interwencji?

Agresja, bagatelizowanie problemu przez Urzędników i Policję, umarzanie spraw ze względu na niską szkodliwość i tłumaczenie znęcania nieświadomością ludzi.

Poznań jest pod tym względem mistrzem. Czasem płakać się chce kiedy czytam uzasadnienia odmowy ukarania .

„Głodził psy ,bo nie miał pieniędzy na jedzenie. Nie robił tego specjalnie. „

” Nie leczył, bo nie miał pieniędzy, ale to nie było świadome zadawanie bólu i powodowanie cierpienia”

„Karmienie śrutą dla świń i odpadami to nic złego, bo psy kiedyś tak jadły”

Był też argument, że dzikie psy żyją w norach a my się czepiamy rozpadających bud. Tylko widział ktoś dzikie psy ? Osobiście nie znam żadnego. W przypadku zwierząt gospodarskich i ryb to już w ogóle jest cud jak chociaż zajmą się sprawą. Bo jak można się znęcać nad „produktem”. Bezsilność jest najgorsza.

Czy masz duże wsparcie lokalnej społeczności, innych lekarzy, rodziny, itp.?

Tak, większość mi kibicuje i dodaje otuchy. Obiecują ,ze jeśli trafię do więzienia to będą mnie odwiedzać i wysyłać paczki. Wiadomo ,ze zdarzy się osoba ,która stwierdzi, że robię to dla kasy, że jestem ekooszołomem i bandytą. Oskarżenia, że kradnę psy i koty aby je rozmnażać i sprzedawać to norma. Z tej działalności przestępczej stać mnie na samochód, wakacje i dostatnie życie. Oczywiście nic z tego nie jest prawdą. Zazwyczaj po każdej interwencji muszę się tłumaczyć z przywłaszczenia, z wtargnięcia i zakłócenia miru domowego. Nigdy nie jadę sama na interwencję i zawsze wchodzimy w asyście Policji, aby nie było kłopotów. Ale nawet to nie pomaga. Także jestem przyzwyczajona do oskarżeń i szkalowania. Staram się tym nie przejmować. Robię swoje i mam dobrych adwokatów.

Czy drugi raz zdecydowałabyś się na fundacje?

Nie jest łatwo, ale jednak lubię sama być sobie sterem. Działam po swojemu i bez nacisków osób trzecich, a każde uratowane zwierzę rekompensuje wszystko co złe.

Czy Polacy dorośli do posiadania zwierząt?

Trudne pytanie. Zwierzę to luksus i tak powinno się podejść do jego posiadania. Człowiek świadomy i odpowiedzialny nie zdecyduje się na zwierzę jeśli ma problemy finansowe, nie ma warunków, czasu… Największym problemem są ludzie ,którzy nie maja pieniędzy, ale chęć posiadania. Wszystko jest w porządku póki zwierzę nie choruje, zadowala się byle jaką karmą i nie trzeba dużo się starać aby je utrzymać przy życiu. Kiedy zaczynają się problemy to ich nie leczą, poddają eutanazji albo porzucają. Pozbywanie się zwierząt ,bo wyjazd ,bo alergia,bo agresja ,bo niszczy,bo sika, bo szczeka, bo trzeba wychodzić na spacer itd. to domena po prostu człowieka. Nie trzeba być Polakiem. Tak się dzieje wszędzie, tylko u nas są za to małe kary. Nie ma obowiązku kastracji ,chipowania, a psa można dostać na bazarze. Ludzie traktują zwierzęta jak rzeczy, jak coś co im się należy, można wykorzystać a potem się pozbyć. Oczywiście nie można uogólniać ,bo znam biednych ludzi, którzy sprzedaliby nerkę aby ratować pupila i znam bogaczy co potrafią zabieg kastracji zrobić „na talon z miasta”. W końcu sześć dych piechotą nie chodzi. Generalnie ludzie mnie zawodzą. Niestety. Ludzkość uważa, że zwierzęta żyją dla nas a nie z nami na tym świecie.

 

Z czego najczęściej wynikają zaniedbania?

Z braku pieniędzy. Z braku kastracji i niekontrolowanego rozmnażania. I z braku kar. A na wsiach głównie z mentalności. Nawet jeśli jesteś bogatym gospodarzem, sołtysem …zwierzę to rzecz, dodatek do gospodarstwa. Ich się nie leczy tylko wymienia na lepszy model. Dostają głodowe porcje jedzenia i całe życie wiszą na łańcuchach. Od szczeniaka do śmierci. Mamy XXI wiek, ajfony ,samochody i wieś staje się bardziej „miastowa”, ale nie dla zwierząt. Dla nich czas się zatrzymał. I ta pogarda dla ludzi którzy starają się pomóc… Nawet urzędnicy potrafią się śmiać w twarz obrońcom zwierząt i uważać ich za oszołomów, ale to się zmienia. Powoli. Na pewno nie można się poddać i trzeba zacisnąć zęby. Edukować, piętnować złe zachowania i walczyć o zmiany. I tłuc ludziom do głowy ,że zwierzę to luksus i przywilej. Nie każdy musi mieć i nie każdy powinien.

Bardzo dziękuje za wywiad!