Na początek mojej przygody z pisaniem postanowiłam opowiedzieć swoją historię. Nie będzie tu wielkich romansów, suspensu, ani wartkiej akcji tylko zwykłe życie, zwykłego człowieka, któremu kiedyś zamarzyło się zostać weterynarzem. Jeśli jesteście ciekawi co z tego wynikło i jak bardzo zmieniają się cele podczas tej żmudnej drogi na szczyt, zapraszam do lektury.

Zabrzmi banalnie, ale od dziecka chciałam to robić. Pierwszą moją miłością były słonie. Dostałam od rodziców książeczkę z wizerunkami zwierząt i zakochałam się w słoniu. Kochałam słonie tak bardzo, że chciałam stać się jednym z nich. Kiedy rodzicom wreszcie udało się uświadomić mnie, że nie mogę zostać słoniem, wyłam kilka dni, aż w końcu uznałam, że trzeba obrać inny cel w życiu. W wieku 5-ciu lat postanowiłam więc leczyć słonie.

Z tą myślą poszłam do szkoły, gdzie pilnie uczyłam się biologii, gromadziłam książki o zwierzętach i ciągle wszystkim mówiłam, że będę leczyć słonie. Rzeczywistość okazała się jednak bardziej brutalna i trafiłam na blokadę, którą okazał się być… język angielski. Nie to, żeby był czymś nie do przejścia. Po prostu niesamowicie mi się nie podobał, nie chciałam się go uczyć więcej niż powinnam do zaliczenia kartkówki i z czasem zdałam sobie sprawę, że o ile ze słoniem mogę rozmawiać językiem miłości bezgranicznej, o tyle, żeby się dostać w jakikolwiek zakątek świata gdzie moja miłość żyje, język obcy powinnam znać.

Przy okazji naszły mnie wątpliwości, czy aby na pewno chciałabym wyjechać daleko od domu, by robić to, co „kocham” i przekonałam się, że wcale ta miłość nie jest taka ogromna jak mi się wcześniej wydawało i chyba jednak wolę leczyć psy i koty.

Lata mijały, cel zostawał ten sam. Tuż po maturze nabrałam wątpliwości. Przede wszystkim dlatego, że z natury jestem leniwą osobą, a jednak weterynaria to nie zawód dla leniwców. Mimo wszystko postanowiłam spróbować.

Studia, jak to studia. Część przedmiotów szła pięknie, część jak po grudzie. Nigdy nie byłam wybitna, czy po prostu specjalnie dobra. Byłam przeciętna. Bliżej mi było do trzecich terminów i warunków niż do piątek w indeksie. Niestety, nie zawsze było to moją winą. O ile ze swoimi brakami i niewiedzą byłam w stanie sobie poradzić biorąc się po prostu w garść i ucząc więcej i intensywniej, o tyle kolejna niesłusznie postawiona dwója lub warunek, działały naprawdę dołująco. Kilka razy chciałam zrezygnować ze studiów i zostać złotnikiem (druga miłość), ale zawsze coś mnie trzymało przy weterynarii.

Zawsze miałam nieustające wsparcie rodziców. Nigdy się nie złościli o warunki czy niezdane egzaminy, zawsze cierpliwie słuchali i myślę, że trochę też cierpieli wiedząc, że nie mogą mi pomóc. Zawsze wiedzieli, kiedy zadzwonić albo właśnie nie dzwonić. Podświadomie wyczuwali, że jest mi źle i przyjeżdżali z koszem pełnym słodyczy i wina i kazali „wypić z koleżankami”- tak, jechali 150km tylko po to, żeby mi zostawić koszyk pełen kalorii i przytulić. Chyba zawsze wierzyli we mnie bardziej niż ja, a ja, nie chcąc ich zawieść brałam się w garść i zdawałam wszystko, co miałam do zdania. Mimo, że zdawałam, wciąż miałam poczucie, że się nie nadaję, że nie będę w tym dobra.

Później spotkałam na swojej drodze kogoś, kto mnie popchnął do działania. Zupełnie przypadkiem znalazłam małą przychodnię weterynaryjną i z duszą na ramieniu zadzwoniłam zapytać, czy mogę przyjść na wolontariat. Po cichu miałam nadzieję, że uzyskam odpowiedź odmowną i byłabym rozgrzeszona z „nicnierobienia”, lecz ku mojemu zaskoczeniu usłyszałam „jasne, kiedy możesz do nas przyjść?”. Pojechałam tego samego dnia i myślę, że tego dnia zaczęła we mnie kiełkować prawdziwa miłość do weterynarii. Przemiły szef, przemiła pracownica i to, że przyjęli mnie jak młodszą koleżankę sprawiło, że atmosfera, jaka panowała w lecznicy była tym, do czego chciałam wracać. Czasem opuszczałam zajęcia na uczelni, żeby posiedzieć tam. Lekarze chcieli mnie uczyć i ja chciałam się uczyć. Uwielbiałam uczestniczyć w zabiegach chirurgicznych, a szef chętnie mnie uczył wszystkiego po kolei. Kończąc swoją przygodę z Lublinem, najbardziej żałowałam tego, że skończył się mój czas w tamtej przychodni.

Lublin opuściłam zaraz po studiach z bardzo prostej przyczyny- nie dostałam pracy nigdzie w okolicy. Pomimo wysłania kilkuset CV i listów motywacyjnych, odzew był zerowy. Pracę dostałam kilka kilometrów od rodzinnego domu, nie mogłam nie skorzystać. Na skutek tej decyzji rozpadł się mój związek i swoją pierwszą w życiu pracę rozpoczynałam w atmosferze depresji i nienawiści do mężczyzn, świata, samej siebie i weterynarii.

Praca wydawała się strzałem w dziesiątkę. Fajny szef, fajna techniczka do pomocy, pełna swoboda, dobre wynagrodzenie jak na początek. Niestety nacięłam się. Poza pierwszym dniem na zapoznanie się z tym co gdzie jest w gabinecie, szefa-lekarza praktycznie nie widziałam, w krótkich i bardzo nielicznych chwilach, kiedy się pojawiał w gabinecie, nie mogłam liczyć na żadne wsparcie, a nawet, kiedy przyjmowałam pacjenta, podważał moje zdanie i zmieniał zalecenia tłumacząc „starą szkołą”. Po 3 miesiącach z własnej woli zostałam bezrobotna. Znów porozsyłałam CV, zjeździłam pół Polski, za każdym razem mając rozmowę w innym miejscu.
Zdawałam sobie sprawę z braków wiedzy i doświadczenia, jednak nawet osoba na początku drogi zawodowej musi gdzieś mieszkać i coś jeść, więc przy każdej rozmowie telefonicznej mówiłam o swoich oczekiwaniach dotyczących wynagrodzenia, by uniknąć nieporozumień i straty czasu na dojazd np. na drugi koniec Polski. Każdy rozmówca zapewniał, że oczywiście da mi tyle, ile chcę, po czym jechałam kilka godzin na rozmowę, podczas której słyszałam, że jestem idealną kandydatką, ale że lecznica cienko przędzie, mogą mi zaproponować minimalną krajową. Po którejś z kolei bezowocnej rozmowie, w poczuciu beznadziejności, zamknęłam się w pokoju i dumałam, co zrobić ze swoim życiem. Z braku laku przeszłam się po okolicznych lekarzach weterynarii proponując współpracę- wiedziałam, że część z nich pracuje tylko 2-3 godziny dziennie, wiedziałam, że nie mają sprzętu typu aparatura do badania krwi lub USG. Moja propozycja była prosta- wnoszę do gabinetu nowiutki sprzęt i pracuję w godzinach kiedy normalnie gabinet byłby zamknięty, zabiegi operacyjne robimy razem, rozliczamy się za to, co kto zrobił. Z mojej perspektywy, wyglądało to nieźle- ja bym miała miejsce do pracy i nauki oraz mentora, natomiast osoba, która by przystała na propozycję, mogła liczyć na nowy, przydatny sprzęt, wydłużone godziny pracy a tym samym, większą ilość klientów. Nikt nie przystał na taką propozycję.

Tu z pomocą przyszli znów rodzice i zaproponowali pomoc w otwarciu swojego gabinetu. Długo się wahałam, broniłam i nie chciałam. Nie czułam się gotowa na samodzielną pracę. Nie wiedziałam nic o prowadzeniu firmy. Długo biłam się z myślami, ale wobec kompletnego braku perspektyw, postanowiłam spróbować.

I tak oto, od prawie pięciu lat prowadzę samodzielnie gabinet. Jest ciężko, czasami bardzo ciężko, ale na obecną chwilę uważam, że decyzja o pracy „na swoim” była jedną z lepszych w moim życiu. Wiadomo, nie wszystko jestem w stanie zrobić sama lub przy pomocy technika, z którym współpracuję, jednak uważam, że jestem dobra w tym, co robię. Jeśli czegoś nie wiem, nie umiem, bez zająknięcia się odsyłam do mądrzejszych, bardziej doświadczonych lub tych, którzy dysponują lepszym sprzętem diagnostycznym. Nie boję się przyznać, że czegoś nie umiem. Jak każdy miewam lepsze i gorsze dni, klientów, którzy mnie lubią i takich, którzy przychodzą szarpać nerwy, bywają chwile zwątpienia, ale zdecydowaną większość moich myśli zajmuje satysfakcja. Z obranej życiowej drogi, z prowadzenia małej firmy z sukcesem, z zarobków, z pacjentów, z tego, że się rozwijam. Stworzyłam sobie miejsce, w którym ja czuję się dobrze i, co najważniejsze, moi klienci z podopiecznymi, również czują się dobrze. Wiem, że dużo przede mną pracy i wiele lat musi upłynąć, zanim będę mogła powiedzieć, że moja firma jest świetna, ale nieskromnie uważam, że jestem na dobrej drodze. Na tą chwilę, nieskromnie uważam, że jestem zwycięzcą. Zwyciężyłam każdą małą i większą porażkę. Zwyciężyłam swoją niechęć do ryzyka i samodzielności, a przede wszystkim uwierzyłam w siebie.

I tego Wam moi drodzy, którzy dobrnęliście do końca, życzę- aby nic Was nie zniechęcało i nie złamało. Nawet, jeśli coś idzie nie po Waszej myśli, wszędzie trzeba szukać pozytywów i w siebie uwierzyć. A jeśli Wy w siebie nie wierzycie, to otoczyć się ludźmi, którzy uwierzą za Was.