Jeśli chodzi o moją pracę zawodową to nie ukrywam – byłem walnięty.

Całe studia wmawiano mi, że się nie nadaję. Wielokrotnie obnażano moją niewiedzę w wielu weterynaryjnych aspektach. Zdarzyło się powtórzyć roczek. Im dalej w las, tym więcej drzew. Praca zawodowa w rytm wartości „młody pracować musi”, „każdy przez to przechodził”, „trzeba zap*******, żeby coś osiągnąć”. Udowadniałem im wszystkim, że jestem niezniszczalny, udowadniałem największemu krytykowi – sobie samemu, ze dam radę.

Pamiętam jak zemdlałem po 72h dyżuru na nocce gdy byłem w lecznicy sam. Pamiętam gdy ocknąłem się z nogą siną od palców po kolano. Nie poszedłem to lekarza, umowa o dzieło i te sprawy. Zresztą nie można być miękkim.

Pamiętam nocne dyżury, po kilka w rzędzie w przychodni gdzie temperatura wynosiła 9 stopni.

Pamiętam, że w szczytowej formie gdy pracowałem w 5 placówkach na raz.

Pamiętam miesiąc w którym na rozliczeniu miałem przepracowane 2,3 etatu.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że byłem z tego dumny. Cieszyłem się, że ludzie dzwonią na mój prywatny numer o 2:00 w nocy bym coś doradził – byłem ostatnią deską ratunku, byłem niezastąpiony.

To wtedy zapomniałem jak się oddycha.

Na tym jednym łyku powietrza dokładałem do pieca. Specjalizacja, konferencje, szkolenia, nocki, dyżury świąteczne. Weterynaria wyskakiwała z lodówki, z szafy, nie dało się jej zmyć pod prysznicem z siebie.

Cel – bycie najlepszym.

Pływałem w akwarium na tym jednym oddechu z sobie podobnymi, bo przecież trzeba się otaczać najlepszymi. Nikt nic nie mówił, bo każdy miał zaciśnięte gardło na tym jednym oddechu. Nikt nie potrafił oddychać. Rywalizowałem z innymi, inni realizowali ze mną. Ukryta wojna pośród „przyjaciół” kto więcej wytrzyma, ktoś więcej osiągnie. Każdy w opowieściach z idealnym, poukładanym życiem.

Praca, praca, po pracy siłownie, squosze, publikacje, dyplomy i k**** jego mać sushi z choyą na kolacje. Tak żyliśmy na Instagramach, Facebookach i w opowieściach które o sobie snuliśmy. Opowiadając sobie nawzajem bajki, jak opowiada się je dzieciom na dobranoc.

Homo pracoholikus.

Czy tak osiągnąłem pewien sukces? No jasne!

Czy jestem dumny z tej drogi? Jasne…, że nie!

Od roku oddycham. Instagram „przyjaciół” okazał się teatrem. Komedie na scenie, dramaty u psychologa na kozatce, tragedie za zamkniętymi drzwiami.

Od roku oddycham. Wam też polecam. Fajna sprawa. Świeżo po urlopie, po 12 dniach urlopu. Drugi urlop w ciągu 8 miesięcy. Drugi urlop w ciągu 9 lat pracy.

Pożeram wolny czas łapczywie jak szpak czereśnie. Turlam się w ciepłej wodzie na plaży jak prosiaczek w bajorku.

Z pogardą patrzę na zdjęcia chłopaka co chciał mieć wszystko, a nie miał nic, bo szczęścia liczył w lajkach i ilości pacjentów w dobie.

Wrzody żołądka zamieniłem na opalone plecy.

Noc na ostrym dyżurze na film z ukochaną.

Życie w biegu, zamieniłem na bieganie po lesie.

Bo życie masz tylko jedno. Nie musisz go przeżyć na jednym oddechu. Bo zdarzyć się może, że będzie to twój jedyny ostatni.

Work life balance. To jest mrzonka. Nie jesteś akrobatom na linie. Pamiętaj jednak, że jest okres gdy siejesz, jest okres zbiorów i jest czas by jeść te słodkie owoce w letnim słońcu i ścierać ich sok z policzków, a nie łzy.

Tego Wam moi drodzy życzę.